Geneza dzieła

Jako że jest to pamiętnik, a więc historia opowiedziana z pewnego dystansu czasowego, a dotycząca bezpośrednio autora, toteż związek pomiędzy zachodzącymi w nim wydarzeniami a osobistymi przeżyciami Mirona Białoszewskiego, jest niezwykle ścisły. Oczywiście, nie można sugerować się członem tytułowym, tj. „pamiętnik”, iż jest to w stu procentach prawda i tylko prawda. Jednakże konsekwencja, naturalność wypowiedzi i niewymuszony patos dzieła skłaniają czytelnika ku nieodpartemu wrażeniu, że sami stają się uczestnikami wszystkich wydarzeń. Że sami biorą udział w powstaniu, ukrywają się w piwnicach, przebiegają pomiędzy barykadami, a co po chwila słyszą coraz to nowsze wybuchy. Przyczynia się do tego żywotność oraz nadzwyczajna dynamiczność opisu. Ponadto nieprzeciętna szczerość i skupianie się na rzeczach mało istotnych sprawiają, że wszystkie wydarzenia, ich kolejność, postacie oraz miejsca pobytu przyjmujemy jako wiarygodne, że tak naprawdę mogło być. Musiało minąć wiele lat, zanim Białoszewski zdecydował się uwiecznić wszystkie swoje „gadania” w formie wspomnień. Wcześniej swoje przeżycia opowiadał wyłącznie znajomym, aż wreszcie, w podobnym stylu, a więc potocznym i kolokwialnym, przeniósł na papier. I tak, dopiero w 1967 roku zasiadł do stworzenia „Pamiętnika z powstania warszawskiego”, które wydane zostało dopiero trzy lata później, tj. w roku 1970 – tym samym, w którym doszło do strajku stoczni gdańskiej, a więc siłą rzeczy wszystkie wydarzenia polityczne doprowadziły do stanu zwiększenia cenzury w kraju. I tak dzieło pozbawione heroizmu oraz patetyczności, a taka jest właśnie książka Mirona Białoszewskiego, w dodatku opowiadająca o czasach wojennych – nie mogła przejść bez echa. Niektórzy potępili zatem autora za brak tych elementów, natomiast znaczna rzesza „fanów” nowego stylu traktowania o okresie „apokalipsy spełnionej” (właśnie takiego, jaki zaproponował Białoszewski) odniosła się do „Pamiętnika…” z wielką sympatią, która trwa do dziś i trudno sądzić, by miała się kiedykolwiek zakończyć. Właśnie dlatego, że czytelnik, wgłębiając się w treść utworu, nie ma ani przez chwilę cienia wątpliwości, że autor, a przy okazji sam narrator, naprawdę widział to, co opisał, że nie ma w tym nic zmyślonego, ubarwionego. Przecież, gdyby pisarzowi zależało na sztucznym podniesieniu rangi różnych znaczeń, z pewnością nie skupiałby się tak bardzo na sprawach przyziemnych i prostych, nie przyznawałby się do wielu błędów i haniebnych myśli oraz czynów – zarówno swoich, jak i obcych ludzi. To wszystko jednak zostało opisane z przerażającą, ale też nastrajającą pozytywnie w stosunku do samego autora, szczerością.

Źródło: streszczenia.pl